1934 – rok zbrodni w Pabianicach?
Zbrodnia
od zawsze fascynowała ludzi. Odebranie życia drugiemu człowiekowi napawało i
napawa po dzień dzisiejszy strachem każdego z nas. Nie ma jednak drugiego tak
fascynującego dla czytelnika zjawiska, które wywoływałoby podobny głód
informacji i zainteresowanie.
Ciekawie
sprawę tę przedstawił Paweł Rzewuski w książce „Grzechy Paryża
północy. Mroczne życie przedwojennej Warszawy”: „Zabójstwo oraz jego
przyczyny i źródło zawsze fascynowały. Nic dziwnego, że to właśnie ono było
jądrem zainteresowań kryminologów, a nie inne przestępstwa. Nie chodzi jedynie
o sam czyn przestępczy, o zbrodnie samą w sobie, ale o odebranie drugiemu człowiekowi
życia. Morderstwo – akt, w wyniku którego ginął człowiek, było dużym problemem
dla modernizującego się świata [do którego Polska aspirowała – przyp. M.Z.J]
szukano motywacji i wyjaśnień zbrodni, jak nietrudno zgadnąć, odnajdywano je w
nadużyciu alkoholu, braku kręgosłupa moralnego, narkotykach i oczywiście w
biedzie. Zbrodnie podyktowane chęcią zysku praktycznie zawsze zajmowały
niechlubne pierwsze miejsce we wszelkiego rodzaju zestawieniach”.
Rok
1934 na łamach międzywojennej prasy obfitował w liczne soczyste i krwawe
doniesienia o kolejnych morderstwach, zbrodniach itp. Prasa brukowa informowała na bieżąco swych czytelników o wszelkiej maści kryminalnych zdarzeniach, serwując im różnego emocjonalnie nacechowane treści.
Jednym z najlepszych narzędzi, które zwiększały poczytność było
opisywanie zbrodni i różnego rodzaju występków. W XX-leciu międzywojennym nie
było inaczej. Okres ten obfitował w liczne tytuły prasowe, których głównym
celem było opisywanie problemów dnia codziennego w sposób prosty i przyciągający uwagę.
Powyższe
założenie potwierdzają sprawy poruszane m.in. w prasie łódzkiej, piszącej o
wydarzeniach w Pabianicach. We wspomnianym roku nastąpił znaczący przyrost
treści kryminalnych. W niniejszym artykule przedstawię jedne z głośniejszych spraw, które miały miejsce w mieście nad Dobrzynką.
Część 1
Żonobójstwo
Żonobójstwo
Opisywana
zbrodnia dokonana została 3 czerwca 1934 r., lecz na jej ślad natrafiono
dopiero 5 lub 6 czerwca (sprzeczne informacje prasowe). Mąż w okrutny i
bestialski sposób zabił swoją żonę przy pomocy noża, po czym porzucił ciało w zbożu. Odnalezienie
ciała zamordowanej Janiny Pietrzakowej wywołało ogromny wstrząs wśród
mieszkańców Pabianic. Na zwłoki natrafiono całkowicie przypadkowo. Według
jednej z wersji przedstawianych przez ówczesną prasę, ciało kobiety zostało
odnalezione około godziny 17 przez wracających z pracy robotników, którzy
zauważywszy ludzkie nogi chcieli sprawdzić co się stało. „Ponieważ padał
deszcz, robotnicy zainteresowali się, co o tej porze może robić człowiek w
zbożu. A gdy zbliżyli się rozgarniając żyto, z przerażeniem ujrzeli trupa
młodej niewiasty straszliwie pokaleczonej i pławiącego się w olbrzymiej kałuży
krwi”. Czym prędzej wezwano policję.
Druga
z prezentowanych wersji wydarzeń mówiła, że „[…] dwie małe dziewczynki,
zbierając kwiaty polne w miejscowości t.zw. „Osinki” odległej o 1 km. od ul.
Leśnej znalazły zwłoki młodej kobiety. Dzieci zawiadomiły o swojem odkryciu
rodziców, a ci natychmiast Kom.[endę] Pol.[icji] Państw.[owej]”.
Jak można zauważyć okoliczności odnalezienia ciała Janiny są całkowicie sprzeczne,
zaś jedynymi wspólnymi mianownikami są miejsce i godzina odnalezienia kobiety.
Dlaczego
wystąpiła tak znaczna rozbieżność w przedstawionych treściach? Trudno
jednoznacznie ocenić. Można uznać, że tego typu zabiegi prasowe miały za
zadanie zelektryzować czytelnika i jeszcze mocniej zainteresować go
przedstawioną historią. Przekoloryzowania i wyolbrzymianie niektórych faktów od
zawsze cieszyło się wśród redakcji dużą popularnością, zwłaszcza wśród gazet
bulwarowych i prowincjonalnych.
Co
stało się z Janiną Pietrzakową?
Na
miejsce porzucenia zwłok przybyli niezwłocznie funkcjonariusze dochodzeniowi.
Początkowe postępowanie utrudniał fakt braku dokumentów świadczących o
tożsamości ofiary. Dopiero później w wyniku rozpoznania ustalono personalia
zamordowanej. Była nią „[…] 28-letnia Janina Pietrzakowa, zamieszkała w
Pabianicach przy ul. Barucha 22. Pietrzakowa była mężatką, nie mieszkała jednak od dłuższego czasu z mężem”.
Działania
grupy dochodzeniowej przyniosły dość szybko pierwsze poważniejsze ustalenia. Według
policji, ostatni raz kobieta widziana była w towarzystwie mężczyzny – miał to
być mąż ofiary. Szli wspólnie w kierunku pól miejskich. Według świadków i osób
znających kobietę, wspólne spotkanie małżonków było bardzo podejrzane. Powodem
był ogólnie znany fakt, że Pietrzakowie nie mieszkali ze sobą od dawna i nie
utrzymywali żadnych kontaktów.
Prowadzone
śledztwo dowiodło, że faktycznie w ten feralny dzień widziano Janinę i Józefa
Pietrzaków razem. Dowiedziono również, że „[…] Pietrzakową zamordował
istotnie jej mąż […]. Zabił ja w sposób bestialski. Długim nożem zadał
jej szereg ciosów w głowę i szyję. Uderzenia były tak silne, że w wielu
miejscach przebiły ciało na wylot”. Przed śmiercią – czego dowiodły
oględziny miejsca zbrodni oraz zadrapania na ciele ofiary – Janina walczyła zaciekle
o życie.
Jaki
był powód tak krwawej zbrodni? Małżeństwo Pietrzaków było razem od 6 lat, lecz
nie doczekali się wspólnie potomstwa. Józef będący człowiekiem bardzo
gwałtownym i agresywnym zamierzał rozwieść się. Uważał, że jego żona nie jest
wstanie dać mu potomka i oskarżając ją o ten stan rzeczy nie chciał mieć z nią
nic do czynienia. Pragnął ponownie ożenić się z inną kobietą, by „[…] jak
mówił do znajomych – mieć potomstwo”. Wspólne pożycie nie układało się zbyt
pomyślnie. Sam Józef karany był dwukrotnie (na półtora i pół roku więzienia) za
pobicie i okaleczanie Janiny.
Pół
roku przed opisywanymi wydarzeniami przyszły zabójca poznał nieznaną nam
„niewiastę”, z którą planował małżeństwo. Na przeszkodzie stanęła obecna i jak
łatwo się domyślić znienawidzona żona, która z całą stanowczością odmawiała mu
rozwodu. Wobec kłopotliwej sytuacji i braku możliwości polubownego rozwiązania
sporu, Józef Pietrzak postanowił raz na zawsze rozprawić się z Janiną, planując
jej zamordowanie. „[…] prosił żonę, by udała się z nim na spacer. Oświadczył
jej że zamierza się z nią pogodzić. Uradowana kobieta, która mimo wszystko
kochała swego męża, chętnie zgodziła się udać z nim na pola”. Przed
zasztyletowaniem, czego dowiodła wizja lokalna, Pietrzak przyniósł zakąski oraz
spirytus z zamiarem oszołomienia małżonki i osłabienia jej czujności.
Sprawca
po dokonaniu mordu uciekł do swoich rodziców mieszkających przy ul. Tuszyńskiej 14 gdzie bez ogródek oświadczył, że zamordował swoją żonę. Jak
donosił „Express Wieczorny Ilustrowany” Józef Pietrzak zbiegł w nieznanym
kierunku. Na jego nieszczęście dość szybko na jego trop wpadła pabianicka
policja. Ustalono, że przebywał w majątku Potaźnia (na obrzeżach Pabianic). Mordercę
osaczono 8 czerwca. J. Pietrzak starał się podjąć próbę ucieczki, która szybko
okazała się bezcelowa. Wobec braku szans na wyrwanie się z okrążenia sięgnął po
ostatnią deskę ratunku w postaci trucizny. Samobójca odwieziony został do
szpitala miejskiego w Pabianicach. Niestety żonobójca nie przeżył. Jak okazało
się w szpitalu, powodem śmierci był kwas solny. „Od chwili popełnienia
zamachu samobójczego zbrodniarz ani na chwilę nie odzyskał przytomności”.
Zmarł 11 czerwca tuż nad ranem.
Jaka
kara mogła czekać mordercę? Według „Polskiego Kodeksu Karnego” wydanego w 1932 r. (tzw. kodeks Makarewicza), art. 225 KK „[…] Kto zabija człowieka,
podlega karze więzienia na czas nie krótszy od lat 5 lub dożywotnio albo karze
śmierci”. Ze względu na okrucieństwo oraz planowość popełnionego morderstwa
Pietrzak mógł liczyć nawet na najwyższy wymiar kary.
Część 2
Sprawa
Romana C.
Roman Ciepłowski lat 32, zatrudniony jako tkacz
w fabryce "Kruschego i Endera" zamieszkiwał wraz z żoną i dzieckiem w
jednopokojowym mieszaniu u swej krewnej 63-letniej Marii Ciepłowskiej. Był „[…]
urodzonym pabianiczaninem, znanym na terenie miasta z dziwactw równego
rodzaju. Przed 5-cioma laty Ciepłowski ożenił się z mieszkanką okolic
podwarszawskich, z którą miał córeczkę. Ojciec jego cierpiał na chorobę
umysłową i rozszedł się ze swoją żoną, matką Ciepłowskiego. W krótkim czasie
pożycia małżeńskiego, Roman Ciepłowski kilkakrotnie rozchodził się z obecną swą
żoną, do której po pewnym czasie powracał, zmuszając do współżycia groźbą
zamordowania”. Jak można zauważyć z doniesienia prasowego „anty-bohater”
niniejszego artykułu, mógł być obciążonym genetycznie chorobą umysłową, która mogła
wzmagać jego raptowność i chęć dokonania w przyszłości zbrodni. Potwierdza to
fakt siłowego nakłaniania swojej małżonki do seksu pod groźbą śmierci.
Źródło: "Echo", nr 159, 13.06.1934, s. 1.
Od
lat relacje rodzinne były nacechowane licznymi kłótniami i narastającym
konfliktem między Romanem a jego ciotką, kuzynką Marią Zawadzką i jej mężem.
Powodem ciągłych napięć było niepłacenie przez kłopotliwego lokatora komornego.
Było to o tyle istotne, że jedynym źródłem utrzymania kobiety były opłaty za
wynajem mieszkań. Jak łatwo się domyślić sam zainteresowany „[…] wyraźnie oświadczał, że nie poczuwa się do obowiązku płacenia komornego
swej bliskiej krewnej”. Stanowisko to brało się z faktu, iż przyszły
morderca posiadać miał „[…] pewne prawa rodzinne do owego mieszkania […]”.
Kobieta nie mogąc wpłynąć na R. Ciepłowskiego, nosiła się z uznaniem takiego
stanu rzeczy, „[…] gdyby nie jej córka […] która wraz z mężem
uważała, że Ciepłowski jest w stanie płacić komorne i że krzywdzi wdowę, nie
opłacając czynszu”. Ciągłe napięcia i awantury odżywały co kilka miesięcy,
niestety nie doprowadzając do rozwiązania problemu.
Ciekawą
sprawą był fakt, iż mimo otwartego konfliktu rodzinnego starsza kobieta pewnego
dnia na prośbę swego krewnego, oddała mu większe lokum. „[…] oddała mieszkanie na pierwszem piętrze, już wraz z kuchnią”. Ciężko zrozumieć takie postępowanie. Czym mogła kierować się ? Trudno dziś
dociec. Być może liczne prośby i obietnica złożona przez R. Ciepłowskiego, że zacznie płacić za swoje „cztery kąty” przełamały obiekcje.
Jak można się domyślić, wszelkie deklaracje były jedynie kłamstwem i na nowo
rozgorzała walka o skłonienie gołosłownego lokatora do uregulowania należności.
Stara wdowa groziła eksmisją niepokornemu bratankowi, lecz i tym razem jej
serce okazało się być zbyt miękkie w stosunku do swojej bliskiej rodziny.
Prędzej
czy później dobra wola i cierpliwość musiały ustąpić zdrowemu rozsądkowi, „[…] pod
wpływem namów ze strony osób trzecich Ciepłowska wystąpiła […] z sprawą
o eksmisję przeciwko swemu bratankowi”. Nikt wówczas nie przewidywał, że
właśnie to wydarzenie będzie początkiem zbrodni mającej miejsce w domu przy ul.
Łąkowej 29.
W dniu 8 czerwca 1934 r. miała miejsce rozprawa
sądowa, która zasądziła eksmisję bratanka powódki. „Bezpośrednio po
rozprawie Ciepłowski miał się odezwać do ciotki i do swych kuzynostwa
Zawadzkich: - Dam wam eksmisje ale z rewolwerem w ręku”. Jak później się okazało, słowa te były prorocze i zapowiadały nadchodząca tragedię.
„Trup
i dwoje rannych”
R.
Ciepłowski nie mógł uwierzyć w sądowy wyrok i pewny siebie sądził, że decyzja
wymiaru sprawiedliwości stanie się martwą literą prawa. Wszak jego najbliższa
rodzina, w osobie starej ciotki, nie mogłaby dopuścić do tak „niegodziwego”
czynu. Na jego nieszczęście cierpliwość kobiety wyczerpała się.
Często ledwo wiążąca koniec z końcem Maria skierowała sprawę do komornika, by
to on wyegzekwował wieloletnie zaległości płatnicze.
W
niedzielne popołudnie, 10 czerwca, podczas gdy Roman przebywał sam w domu – w
tym czasie żona z dzieckiem pojechała na odpust do Łagiewnik – podjął ostateczną
decyzję o rozwiązaniu raz na zawsze sprawy, która jątrzyła się od dłuższego
czasu. Przed podjęciem działań jak informowało łódzkie „Echo”: „[…] napisał
list, w którym w przewidywaniu śmierci, wytłumaczył swój postępek. List ten
jest w posiadaniu władz policyjnych”. Niestety nie znana nam jest treść
wspomnianego listu. Jak informowały gazety, trudno nam dziś prześledzić
pierwsze chwile przed zbrodnią. W zależności od źródła, z którego
potencjalny poszukiwacz zbrodni sprzed lat korzysta, natrafić można na wiele
wersji tego wydarzenia. Prasa regionalna pisała: „Faktem jest jedynie, że
nagle mieszkańcy domu przy ul. Łąkowej usłyszeli gwałtowny krzyk, dobiegający
ich z mieszkania Marii Ciepłowskiej i w następnej chwili ujrzeli ją biegnącą w
panicznym lęku przez ulicę przed domem”. W tym samym czasie przed dom
„wypadł” Ciepłowski strzelając wielokrotnie w stronę przerażonej kobiety, która
martwa padła na uliczny bruk.
Następnym
rozdziałem mających miejsce wydarzeń była chęć rozprawy z kolejnymi
antagonistami „naszego anty-bohatera”. Według doniesień prasowych Roman wpadł
na swoją kuzynkę na schodach lub wtargnął do jej mieszkania, z zamiarem zabicia
rodziny Zawadzkich. „[…] dały się znów słyszeć
detonacje i jeszcze raz rozpaczliwe wołanie o pomoc. To wołała Maria Zawadzka,
która brocząc obficie krwią, wzywała pomocy: - Ratunku, zabił mi męża!”.
Rozgorączkowany,
kierowany chęcią zemsty na swoich „ciemiężycielach” „[…] dał cztery strzały
do Zawadzkiego i dwa do jego żony. Zawadzki trafiony został w głowę i w ramię i
runął bez przytomności, jego żona zaś wybiegła i wzywała ciągle nieludzkim
wręcz głosem pomocy”. Odgłosy ofiar oraz strzały rewolwerowe zaalarmowały
przechodniów, lokatorów oraz okoliczne dzieci bawiące się nie opodal.
Inną,
najbardziej prawdopodobną wersję wydarzeń prezentowały m.in. „Gazeta
Pabianicka” i „Ilustrowana Republika”.
Według tych tytułów prasowych R. Ciepłowski kierowany żądzą zemsty za
nieprzychylny dla niego wyrok sądowy przybył do mieszkania swej ciotki, w
którym przy stole, w czasie obiadu siedzieli Zawadzcy i Maria Ciepłowska.
Między zebranymi wywiązać miała się burzliwa kłótnia (według "Ilustrowanego
Kuriera Codziennego" Ciepłowski zaczął strzelać bez ostrzeżenia). Nagle
niesprowokowany Roman wyjął „[…] rewolwer automatyczny dużego kalibru i nim
ktokolwiek zdołał mu przeszkodzić dał dwa strzały”. Pierwszą ofiarą był Antoni
Zawadzki, który otrzymał dwa (mowa również o trzech) postrzały w głowę i pierś.
Następnie broń skierował w stronę Marii Zawadzkiej, do której również
wystrzelił dwa razy. Na szczęście dla ofiary, emocje targane Ciepłowskim
osłabiły jego celność. Raniona kobieta upadła na ziemię krzycząc z bólu i
błagając o pomoc. Jak podawała „Ilustrowana Republika” R. Ciepłowski widząc
krew wpadł w istny szał i nie zdając sobie sprawy z tego, że jego zemsta szybko
zwróci uwagę postronnych i organów ścigania, powziął decyzję o dokończeniu krwawej
rozprawy. Ciotka zabójcy, będąca głównym obiektem zemsty, została przeszyta
kilkoma kulami, które jedynie niegroźnie ją raniły. Chcąc ratować swe życie w
panice wybiegła na ulicę szukając ratunku (wg. łódzkiego „Echa” prócz
Ciepłowskiej na ulicę uciekła jego kuzynka). Niestety nie odbiegła zbyt daleko
odnajdując śmierć na progu swego domu. Ciepłowski wybiegł za nią chcąc dobić
swoją ofiarę. Odebrał jej życie strzałami w głowę i serce.
Źródło: "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 162, 12.06.1934, s. 1.
Ciepłowski
w matni
R. Ciepłowski
po dokonaniu zbrodni stracił wszelkie hamulce i przygotowany na najgorsze
zamknął się w mieszkaniu obierając je za swoją ostateczną redutę, uprzednio
barykadując wejście do domu. Zaraz po opisanych wydarzeniach ukazał się w
oknie, z którego „[…] począł w dalszym ciągu strzelać do ciotki, leżącej na
ulicy. Ciepłowski nie wiedział o tem, że strzela już do trupa swej ciotki”.
Nie omieszkał przy tym ciskać gróźb w stronę postronnych widzów. „Wygrażając
dalej rewolwerem krzyknął do dzieci, by uciekały czemprędzej, bo każdego trupem
położy, kto się zbliży do drzwi jego domu”. Niebawem na miejsce przybył
pełniący swoje obowiązki posterunkowy, który zorientowawszy się w sytuacji zawiadomił władze policyjne, w celu podjęcia szybkich działań. Zaraz potem
informacje dotarły do Urzędu Śledczego w Łodzi. Miejscowi policjanci w hełmach
i pancerzach, w sile 50 ludzi pod dowództwem komisarza Grzywaka otoczyli dom,
zarządzili ewakuację mieszkańców i rozpoczęli ostrzeliwanie uzbrojonego
mordercy. Według „Gazety Pabianickiej” wymiana ognia trwać miała około półtorej
godziny.
Niestety
jak często bywało i bywa po dzień dzisiejszy, wszelkie wieści o strzelaninach,
morderstwach, rabunkach, wypadkach etc. prędko obiegły całe miasto. Mimo
olbrzymiego niebezpieczeństwa, okolica w której miały miejsce opisywane
wydarzenia wypełniła się „publicznością”, której żądza zobaczenia na własne
oczy toczącej się walki była mocniejsza od zdrowego rozsądku. Tego typu niezdrowa fascynacja była powodem wielu
bezsensownych ofiar, np. w czasie walk toczonych w Warszawie, w trakcie „przewrotu majowego” 1926 r.,
kiedy to cywilna ludność zainteresowana nieoczekiwanym obrotem spraw dostawała
się pod ostrzał walczących stron. W opisywanym wypadku do tego typu wydarzeń nie doszło, lecz należy pamiętać, że
kolektywne zachowanie osób cywilnych znacznie komplikowało działania
policyjne. Władze zmuszone zostały do oddelegowania części funkcjonariuszy do
odseparowania widzów od miejsca walki.
Niechciani „gapie” nie byli jedynym problemem, który
napotkała policja. Siły biorące udział w akcji musiały zostać podzielone również
ze względu na liczne, potencjalne drogi ucieczki. Dom przy Łąkowej 29 posiadał
aż cztery wyjścia, które należało zabezpieczyć.
Osaczony
morderca początkowo – według łódzkiego „Echa” – miał ostrzeliwać się z kuchni w
mieszkaniu Zawadzkich, którą musiał opuścić na skutek gazu łzawiącego rzuconego
przez oblegających. W pewnym momencie palba ustała. To tymczasowe zawieszenie
walk zachęciło policjantów do próby bliższego podejścia pod dom – niestety nie
na długo. Okazało się, że chwilowa przerwa wynikała z ucieczki R. Ciepłowskiego
z mieszkania na strych, skąd miał lepszą pozycję strzelecką utrudniającą funkcjonariuszom
policji jego schwytanie (według „Gazety Pabianickiej” cała akcja miała toczyć
się w mieszkaniu sprawcy, lecz przeczą temu inne doniesienia prasowe). Dużym
ułatwieniem dla Ciepłowskiego były deski w oknach, zza których prowadził dalszy
ostrzał policjantów. W międzyczasie „[…] wśród niebywałego tumultu zaczął
krzyczeć na głos do przechodniów, że służył w wojsku, że ciężko pracował, że
teraz nic z tego nie ma, że z takimi ludźmi, jak jego ciotka, należy tak
postępować, jak on to uczynił. To niezwykłe przemówienie zbrodniarza wywarło na
wszystkich wstrząsające wrażenie”. Oddziały biorące udział w akcji,
zlokalizowawszy ostatecznie miejsce skąd poczęły padać strzały, oddały w
stronę mężczyzny palbę karabinową. Jak pisał łódzki „Express Wieczorny
Ilustrowany”: „[…] Ze strony władz padło już około 60 strzałów. Ciepłowski
dał co najmniej 30 strzałów”. Ogólnopolski dziennik „Ilustrowany Kuryer
Codzienny” podawał nawet liczbę 100. Ze względu na zagrożenie życia i zdrowia funkcjonariuszy oraz okolicznych
mieszkańców dowodzący akcją komisarz Grzywak rozkazał użycie granatów
łzawiących po raz kolejny.
„Śmierć
zbrodniarza”
Walka
z okrążonym mordercą zakończyła się po ok. 3 godzinach, o godzinie 16. Policjanci mając pewność, że Ciepłowski został obezwładniony
wkroczyli na górę. Pierwsi funkcjonariusze, którzy udali się na strych,
znaleźli jedynie zwłoki „zbrodniarza”. Trudno dociec czy sam odebrał sobie
życie, mając świadomość nieuniknionej kary i bezsensowność swego położenia, czy
też jedna z policyjnych kul dosięgła celu. To miała ocenić ostatecznie
obdukcja. Przyjąć można wersję o samobójstwie zabójcy. Dowodem na potwierdzenie
tej tezy był pogrzeb Romana na niepoświęconej ziemi. Osobom, które odebrały
sobie życie nie przysługiwał pochówek z udziałem księdza i miejsca w normalnej
kwaterze na cmentarzu. Dziennik „Echo” wynik starcia opisywał następująco: „Gdy
strzały ze strony zbrodniarza ucichły policja wyważyła zamknięte od wewnątrz
drzwi strychu, za któremi znaleziono leżącego we krwi Ciepłowskiego. Zbrodniarz
już nie żył. W ciele znaleziono 4 rany – 2 klatki piersiowej, jedną obojczyka i
jedną głowy. Przypuszczać należy, że ostatnią kulę zbrodniarz przeznaczył dla
siebie. Czy tak było w istocie ustali niewątpliwie sekcja zwłok […]”. Ogólnopolski
„Ilustrowany Kuryer Codzienny” ostatnie chwile R. Ciepłowskiego prezentował w następujący
sposób: „Ponieważ Ciepłowskiego nie można było osiągnąć, policjanci rzucili
do mieszkania bomby gazowe. To zmusiło Ciepłowskiego, że podszedł do okna, aby
wchłonąć świeżego powietrza. Tutaj został trafiony jedną z kul policjantów i
padł martwy”.
Bazując
na doniesieniach prasowych trudno dziś ocenić w jaki sposób „morderca vel
zbrodniarz” zginął. Czy był to strzał samobójczy czy też dosięgła winnego kula
wymiaru sprawiedliwości. Trudno dziś ustalić prawdę. Tak jak
zwrócono uwagę powyżej, prawdopodobnie w wyniku odebrania sobie życia R.
Ciepłowski odszedł z tego świata. Za takim scenariuszem opowiadał się „Kurjer
Warszawski” w nocie poświęconej zajściom w Pabianicach: „Przy bliższych
badaniach okazało się, że Ciepłowski został przez policję kilkakrotnie
zraniony, a następnie sam odebrał sobie życie”. Nie jest to jednak fakt
pewny, a jedynie próba odgadnięcia rzeczywistego końca. Za śmiertelnym strzałem
z własnej broni może optować informacja o pochówku na niepoświęconej ziemi,
lecz taka sama „kara” po śmierci czekała właśnie zbrodniarzy: „W tamtych
czasach zabójców chowano na ścieżkach, a samobójców pod płotem, na
niepoświęconej ziemi, ksiądz nie brał udziału w takich pochówkach. W
okresie Wszystkich Świętych w miejscu tym rzucano świerkowe gałązki, gdyż
wierzono, że mogą one odpędzić złe moce”. Brak nam jednak bardziej
szczegółowych informacji na temat pochówku. Jeżeli zatem życie Ciepłowskiemu
odebrano za sprawą policyjnej kuli, zabójcę czekało pochowanie na jednej z
cmentarnych ścieżek. „[…] Wierzono [wówczas], że gdy ludzie będą
chodzić po miejscu jego pochówku, jego dusza nigdy nie zazna spokoju”.
W
czasie gdy policjanci szykowali się do szturmu na strych, kilku posterunkowych
zajęło się rodziną Zawadzkich, czym prędzej przekazując rannych w ręce
wezwanego na miejsce lekarza. „Ciężko ranny Zawadzki umieszczony został w szpitalu miejskim w Pabjanicach.
Jego żona – ranna lżej dwoma strzałami w nogę ulokowana została w mieszkaniu”.
Antoni dzięki szybkiej pomocy i sprawnej operacji wyjęcia trzech kul, przeżył
zamach na swoje życie, dochodząc szybko do zdrowia. Maria Zawadzka, lżej ranna,
pozostając w domu przejęła obowiązki swej zabitej matki starając się uprzątnąć
bałagan i rozpoczęła naprawy uszkodzonego w wyniku oblężenia domu. Ciotce
sprawcy nie można było pomóc. Zginęła od razu od kul rewolwerowych. Sekcja
zwłok dowiodła, że ofiara otrzymała 6 postrzałów, w tym dwa ze skutkiem
śmiertelnym.
Oba
ciała, Marii Ciepłowskiej i jej bratanka, przewieziono do kostnicy przy szpitalu
miejskim. „Na miejsce przybyła z Łodzi komisja sądowo-śledcza, która dokonała
wizji lokalnej”.
Pabianice
były wstrząśnięte tym, co miało miejsce w domu przy ul Łąkowej 29. Charakter
zbrodni oraz agresja, którą kierował się Roman Ciepłowski wywołały ogromne
emocje. Całe miasto „huczało” od plotek. Przez kilka dni od tych feralnych dni
nadal pod dom przybywały tłumy Pabianiczan, chcących zobaczyć z bliska skutki
kilkugodzinnej batalii.
Cała
sytuacja i jej krwawy epilog nie powinny przyćmić nam drugiej strony medalu.
Gazety nie rozpisywały się szerzej na temat reakcji małżonki Romana, która w czasie
opisywanych wydarzeń przebywała z dzieckiem na odpuście. Czytelnicy mogli
uzyskać jedynie krótką, lakoniczną odpowiedź na to, jak zareagowała ona na
wieść o czynie jej męża i skutkach jego brutalnej zemsty: „[…] zastała już
tylko puste mieszkanie i dowiedziała się o potwornym czynie i strasznej śmierci
swego męża. Nieszczęśliwa kobieta zemdlała…”. Zbrodnia jaka miała miejsce
była tak przerażająca dla opinii publicznej, że zaczęto snuć domysły, jakoby i
ona zamieszana była w ten krwawy dramat a następnie aresztowana. Na szczęście
dla kobiety szybko zdementowano takową pogłoskę. „Od przyjazdu do chwili
obecnej, Ciepłowska przebywa w mieszkaniu swego męża – szaleńca”.
Epilog
sprawy z ul. Łąkowej
Zbrodnia
dokonana przy ul. Łąkowej wstrząsnęła całym miastem. Gród nad Dobrzynką „huczał”
od licznych domysłów, zaś mieszkańcy przekazywali sobie najrozmaitsze wersje
wydarzeń. Zdarzały się głosy, które prezentowały mordercę w dogodniejszym
świetle, ukazując go jako „[…] ofiarę bezlitosnych poczynań właścicielki
domu […]”. Małżeństwo Ciepłowskich, z zawodu tkacze, pracując w firmie
„Krusche i Ender” dobrze zarabiali. Mieli wystarczająco dużo środków na
utrzymanie siebie, dziecka i opłacanie komornego. Dlatego też wszelkie opinie o
„bezduszności” były przysłowiowo „wyssane z palca”. Wspomniane wcześniej „pretensje
Romana Ciepłowskiego do korzystania bezpłatnego z lokalu, były nieuzasadnione.
Tak przynajmniej twierdzą ludzie zbliżeni do rodziny Zawadzkich”. Jak
komentowało to „Echo” czyn Romana był całkowicie bezzasadny. Dokonana przez
niego krwawa rozprawa z własną rodziną świadczyła jedynie o jego makabrycznym
szaleństwie i bezduszności, gdyż za nic miał losy swojej żony i córki, które
pozostawił na łaskę losu.
W
dniu pogrzebu zabitej Marii Ciepłowskiej (14 czerwca) na cmentarzu w
Pabianicach zebrały się ogromne tłumy mieszkańców, chcących uczcić jej straszną
śmierć. Samego sprawcę pochowano 12 czerwca w niepoświęconej ziemi, bez honorów,
w godzinach wieczornych.
Źródło: "Echo", nr 158, 12.06.1934, s. 1.
„Gazeta Pabianicka” pisząca o sprawie z ul. Łąkowej, podsumowując artykuł o „Strasznej zbrodni…”, przedstawiła swoje uwagi i wnioski dotyczące „[…] powtarzających się od pewnego czasu ohydnych morderstw […]” w następujący sposób: „Zbrodnie te świadczą o daleko posuniętej demoralizacji, o wytwarzaniu się jakiejś cuchnącej zgnilizną atmosfery, w której ludzie na pozór normalni dla zupełnie błahych powodów z zimną krwią mordują nawet swoich blizkich, wiedząc z góry, że czeka ich za to surowa kara, i w obawie przed nią sami pozbawiają się życia lub giną od kuli władz bezpieczeństwa. Całe społeczeństwo pabianickie winno wszelkiemi środkami atmosferę tę zwalczać, a w pierwszym rzędzie jak najostrzej potępić tego rodzaju zbrodnie”.
Część 3
Źródło: "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 230, 20.08.1934, s. 1.
Chęć
zemsty lub uczucia takie jak miłość lub nienawiść są częstym motywem zbrodni.
Równie poważnym problemem jest dokonywanie morderstw pod wpływem wzburzenia
emocjonalnego, wzmocnionego alkoholem. Wspomniana używka była bohaterką oraz
motorem napędowym kolejnej poważnej zbrodni dokonanej w mieście nad Dobrzynką.
W
dniu 19 sierpnia 1934 r. na ul. Trębackiej odnaleziono zwłoki mężczyzny. Przechodnie, którzy dokonali tego strasznego
odkrycia w pierwszej chwili myśleli, że mają do czynienia z człowiekiem pod
wpływem alkoholu. Dopiero po chwili, „[…] gdy […] pochylili się nad
leżącym i dotknęli jego dłoni – przekonali się z przerażeniem, że mają do
czynienia z trupem”.
Jak
do tego doszło? Z soboty na niedzielę (18 na 19 sierpnia) ofiara – Tomasz
Gramsz zamieszkały przy Trębackiej 1 – spędzała wieczór wraz ze swym dobrym
znajomym, niejakim Skibą – zamieszkałym przy ul. Wiejskiej 13 - w jednej z
pabianickich piwiarni zarządzanej przez Olejnika przy ul. Ostatniej 1, racząc
się dość obficie wódką i piwem. „Express Wieczorny Ilustrowany” opisując tę
sprawę podawał, że Gramsz opuścił lokal samotnie kierując się w stronę domu,
lecz bardziej prawdopodobnym jest, iż towarzyszył mu przytoczony wyżej Skiba. W
czasie nocnego marszu wywiązała się między nimi awantura, która przerodziła się w bójkę. W jej wyniku Gramsz został powalony na
ziemię, a następnie zadano mu nieznanym narzędziem śmiercionośne ciosy. Skiba „bił
Gramsza dotąd, aż przestał ten ostatni dawać oznaki życia. Wówczas
najspokojniej uciekł”.
Wezwani
na miejsce przestępstwa policjanci rozpoczęli energiczne śledztwo. Lekarz stwierdził jedynie zgon, zaś sekcja zwłok „[…] wykazała, iż śmierć nastąpiła
na skutek pęknięcia naczyń krwionośnych w mózgu, spowodowanych silnemi
uderzeniami, prawdopodobnie obcasem”. W rzeczywistości powodem śmierci był
cios zadany młotkiem murarskim.
Sprawca
został bardzo szybko złapany i osadzony w areszcie. Po wytrzeźwieniu „[…]
zeznał przed policją, iż uderzył młotkiem Gramsza, ale nie miał pewności, że
uderzenie było śmiertelne. Morderca został osadzony w areszcie do czasu
ukończenia śledztwa, gdyż zamordowany został jednocześnie ograbiony”. Niestety
na próżno szukać w prasie dalszych informacji na temat tej sprawy. Jedynie do
wiadomości publicznej trafiła informacja, że „[…] władze prowadzą
energicznie dochodzenie celem wykrycia tła i okoliczności ohydnego mordu”. „Przygodni
świadkowie morderstwa w znacznym stopniu obciążali mordercę”, dodając, że
Skiba zanim zabił swojego kolegę znęcał się nad nim, kopiąc go. Morderstwo to
wywołało znaczne zainteresowanie. Stan ten potęgował fakt, że zamordowany
własnym sumptem budował dom, którego niedane mu było dokończyć. Osierocił żonę
i kilkoro małoletnich dzieci.
Mimo
braku wiedzy na temat kary jaka czekać miała sprawcę zabójstwa, można ocenić
jej prawdopodobny wymiar dzięki „Polskiemu Kodeksowi
Karnemu” wydanemu w 1932 r. (tzw. kodeks Makarewicza). Według art. 240 KK:
„Kto bierze udział w bójce lub w pobiciu człowieka, jeżeli stąd wynikła
śmierć lub uszkodzenie […] podlega karze więzienia do lat 5”.
Źródło:
1. "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 157, 07.06.1934, s. 1; nr 161, 11.06.1934, s. 1; nr 162, 12.06.1934, s. 1; nr 230, 20.08.1934, s. 1.
2. "Echo", nr 153, 07.06.1934, s. 1; nr 155, 09.06.1934, s. 1; nr 157, 11.06.1934, s. 1-2; nr 158, 12.06.1934, s. 1; nr 159, 13.06.1934, s. 1; nr 228, 21.06.1934, s. 2.
3. "Ilustrowana Republika", nr 158, 11.06.1934, s. 3.
4. "Ilustrowany Kuryer Codzienny", nr 161, wyd. 3, 12.06.1934, s. 1.
5. "Gazeta Pabianicka", nr 27, 10.06.1934, s. 1; nr 28, 17.06.1934, s. 1; nr 35, 26.08.1934, s. 1.
6. "Kurier Warszawski", nr 159, 12.06.1934, s. 4.
7. P. Rzewuski, Grzechy „Paryża północy”. Mroczne życie przedwojennej Warszawy, Kraków 2019, s. 316.
8. Wymordował całą 7-osobową rodzinę siekierą. Po egzekucji został pochowany na ścieżce by jego dusza nigdy nie zaznała spokoju, <www.infostrow.pl>, dostęp: 03.01.2020.
9. Polski kodeks karny z 11.VII.1932 r., Lwów 1932, s. 118, 126.
Autor: Maciej Z. Jaśniewski
Źródło:
1. "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 157, 07.06.1934, s. 1; nr 161, 11.06.1934, s. 1; nr 162, 12.06.1934, s. 1; nr 230, 20.08.1934, s. 1.
2. "Echo", nr 153, 07.06.1934, s. 1; nr 155, 09.06.1934, s. 1; nr 157, 11.06.1934, s. 1-2; nr 158, 12.06.1934, s. 1; nr 159, 13.06.1934, s. 1; nr 228, 21.06.1934, s. 2.
3. "Ilustrowana Republika", nr 158, 11.06.1934, s. 3.
4. "Ilustrowany Kuryer Codzienny", nr 161, wyd. 3, 12.06.1934, s. 1.
5. "Gazeta Pabianicka", nr 27, 10.06.1934, s. 1; nr 28, 17.06.1934, s. 1; nr 35, 26.08.1934, s. 1.
6. "Kurier Warszawski", nr 159, 12.06.1934, s. 4.
7. P. Rzewuski, Grzechy „Paryża północy”. Mroczne życie przedwojennej Warszawy, Kraków 2019, s. 316.
8. Wymordował całą 7-osobową rodzinę siekierą. Po egzekucji został pochowany na ścieżce by jego dusza nigdy nie zaznała spokoju, <www.infostrow.pl>, dostęp: 03.01.2020.
9. Polski kodeks karny z 11.VII.1932 r., Lwów 1932, s. 118, 126.
Autor: Maciej Z. Jaśniewski









Komentarze
Prześlij komentarz